Jesteś tutaj
Home > STYL ŻYCIA > Problem jest jak podjazd, trzeba go pokonać

Problem jest jak podjazd, trzeba go pokonać

Nie zawsze jest tak jakbyśmy chcieli. Znajomy zespół kiedyś śpiewał: „Los zrobi co zechce, lepiej więc dać mu spokój, co najwyżej możemy przyglądać mu się z boku”. Mam na myśli sprawy, na które nie mamy wpływu.

Czasem zdarza się taki dzień, kiedy następuje seria niefortunnych zdarzeń. I taki dzień mnie właśnie spotkał. Jeden telefon, że czegoś nie uznali, jedno pismo, że odmówili, kolejny telefon, że trzeba coś poprawić, zaległe, pilne… Nauczyłam się, że w takich sytuacjach muszę na chwilę zamrozić złość, żal, smutek. Na uwolnienie emocji czekam do momentu kiedy wsiądę na rower, wtedy również spuszczam ze smyczy problemy i pozwalam im biec obok mojego roweru, po 20 km wyraźnie zostają z tyłu. I tu zaczyna się moja terapia.

Mtb nauczyło mnie wielu rzeczy, między innymi tego, że zmęczenie na rowerze pomaga mi w uzyskaniu równowagi, pozwala pozbyć się negatywnych myśli. Rowerowa terapia to najlepsze lekarstwo, a w moim wydaniu ma 4 fazy.

Pierwsza faza jazdy to danie upustu złości, która dodaje siły. Zalecane jest zaliczenie trudnego podjazdu. Raz i drugi. Na podjeździe nie ma czasu na zastanawianie się nad niepowodzeniem, liczy się tu i teraz. Oddech, równe kręcenie, rozłożenie sił. Nie ma miejsca na pierdoły. Gdy po raz drugi staję na szycie podjazdu złość mija. Głęboko oddycham, podziwiam widoki, które kocham i przypominam sobie, że kłopot to kolejny podjazd, który trzeba pokonać. Pierwszy etap mojej terapii zaliczam na podjeździe do hotelu Przedwiośnie położonego na zboczach góry Dąbrówka pasma Masłowskiego. Podjazd ma kilometr, prowadzi krętą drogą wprost do hotelu. Widoki stąd przepiękne, szczególnie o zachodzie słońca.

Druga faza to jazda ulubioną trasą. Sprzed hotelu Przedwiośnie w dół, potem w stronę Ciekot Przełomem Lubrzanki. Wjeżdżam w dolinę między stromymi zalesionymi wzgórzami, patrzę na meandrującą rzekę, wdycham zapach wilgotnego lasu. Zatrzymuję się na chwilę na mostku nad Lubrzakną w miejscu, gdzie szlaki rowerowe i piesze przekraczają rzeczkę. Gapie się na przepływająca wodę i oczyszczam umysł.

Trzecia faza to uspokojenie. Dojeżdżam do pobliskich Ciekot, mojego ulubionego miejsca. Siadam nad zalewem i przyglądam się Łysicy. Przypomina mi się wtedy „Puszcza Jodłowa” Żeromskiego, jego umiłowanie krajobrazów i przyrody tych okolic. Pisarz z ogromnym żalem musiał opuścić to miejsce, a ja mogę się nim cieszyć. Może to sentymentalne, może ckliwe… natomiast ja naprawdę uwielbiam te miejsca, uwielbiam te krajobrazy i uwielbiam przyjeżdżać tu na rowerze.

Czwarta faza to droga do Św. Katarzyny na kawę, najlepszej w całej okolicy. Pycha. Przyjemność. Radość.

Piąta faza to podjazd na Przełęcz Kajeńską, 2,5 km spokojnego wspinania. To czas na obmyślanie planu b i c dla moich problemów. Podczas niezbyt stromych, asfaltowych podjazdów przy rytmicznej jeździe doskonale się myśli. Potem nagroda w postaci cudownych widoków z przełęczy i 3 km zjazdu do Bęczkowa.

Teraz jeszcze na moment nad zalew w Cedzynie i spokojna wracam do domu.

To moje 44 km rowerowej terapii.

Co najważniejsze, zawsze działa :). Kozetka i porady terapeuty kosztują. Moje czterdzieści i cztery mam za zupełną darmochę 🙂

 

 

Dodaj komentarz

Top