Rocky Mountain Bike Marathon 2015 – Riva del Garda

Od kilku już lat majowy weekend spędzam w podobny sposób – na rowerowym siodełku. Zasada jest jedna, im dalej od domu i wyżej ponad mazowieckie równiny, tym lepiej.

Ten rok zapowiadał się naprawdę ciekawie, bo pół roku wcześniej zdecydowałem się na udział w jednym z najpopularniejszych europejskich maratonów – Rocky Mountain Maraton nad jeziorem Garda.

Jako, że odległość na maraton słuszna, postanowiliśmy start w wyścigu połączyć ze zwiedzaniem okolic Gardy wspólnie z rodziną. Maraton to część kilkudniowego rowerowego eventu skierowanego głównie do pasjonatów mtb. Wydarzenie to niemałe, o czym może świadczyć między innymi to, że już w podróży przez Austrię, mijały nas samochody z rowerami, kampery i całe rzesze zmierzający w tym samym kierunku. Jednym słowem, impreza o europejskim zasięgu, jakiej u nas niestety jeszcze nie ma. Może krok po kroku, takie targi BIKE EXPO w Kielcach, staną się podobnym wydarzeniem. Skoro Włochom zajęło to jedenaście lat, to i my musimy poczekać, a nasza impreza rozkręca się z każdym rokiem. Poczekamy, zobaczymy.

Do Riva del Garda, położonej na południowym krańcu jeziora Garda, dotarliśmy dwa dni przed planowanym startem best online project management. Przez ten czas, poza kilkukrotnym obejściem samego Bike Festiwalu delektowaliśmy się włoskimi przysmakami i pięknymi widokami na Gardę, które w gartisie serwowano do espresso. To, co zobaczyliśmy to nasze, natomiast główny cel był dopiero przed nami.

W sobotni poranek już o 7.15 staliśmy w sektorze. Start naszego dystansu wyznaczono na godzinę 7.35. Nic w tym dziwnego, skoro na najdłuższym dystansie, który zamierzaliśmy pokonać, czekało nas 3800 m przewyższeń na 94 km dystansu. Organizator wyznaczył tak długi czas, żeby nawet najsłabsi uczestnicy dotarli przed zmrokiem do mety. Obsada wyścigu mocno zróżnicowana, od światowej czołówki maratońskiej jak Lakata, czy Hynek, po totalnych turystów, którzy przyjechali tu na wycieczkę. Ustawieni zostaliśmy w drugim sektorze, dla najdłuższego dystansu Grande Extrema, zgodnie z zadeklarowaną wcześniej średnią, z jaką możemy pokonać ten dystans. Zaraz po starcie zorientowaliśmy się, że trochę zbyt ostrożnie oszacowaliśmy swoje możliwości, bo na pierwszych kilku kilometrach mieliśmy dość dużo wyprzedzania, mimo iż zgodnie z ustaloną taktyką, początek jechaliśmy naprawdę spokojnie. Z profilu trasy i zasłyszanych wcześniej opinii, domyślałem się, że trasa będzie bardziej „Grabkowa”. Łatwe podjazdy po szerokich szutrach lub asfaltach i bardzo szybkie zjazdy. Szybko zmieniłem zdanie, gdy po faktycznie łatwym pierwszym podjeździe, przyszedł bardzo techniczny zjazd. Kolejne podjazdy, mimo że w większości szerokie, szutrowe lub asfaltowe, to wcale nie były łatwe. Nachylenie miejscami dochodziło do 30% i potrafiło tak „trzymać” nawet kilkaset metrów. Nie brakował też technicznych singli, ale tych było zdecydowanie mniej. Dla mnie osobiście, największą trudnością tego wyścigu była długość podjazdów, niespotykana na naszych maratonach. Tak jak i podjazdy, to zjazdy też do najłatwiejszych nie należały i jeśli ktoś planował odpoczywać jadąc w dół, to się pomylił. Każdy ze zjazdów, z wyłączeniem nielicznych fragmentów, to techniczne odcinki wymagające dobrej techniki i niemałego doświadczenie, o ile chciało się je zjeżdżać, a nie schodzić. Wisienką na torcie, był ostatni kamienisty zjazd na 90 km trasy, o długości koło 2 km, po wielkich głazach wielkości telewizora „Rubin”. Mogę go porównać jedynie, do zjazdu do Borowic na trasie maratonu w Karpaczu, tylko pomnożonego przez 5.

Ogólnie trasa świetnie zbalansowana. Połączenie wymagających dobrej kondycji długich podjazdów z technicznymi zjazdami, wymagało wszechstronnego przygotowania zarówno kondycyjnego jak i technicznego. Każdy kto uważa się za maratończyka mtb, powinien zasmakować choć raz w życiu podobnej trasy. Właśnie zasmakować, bo to maraton dla smakoszy, koneserów bólu, potu i łez.

Polecam. Radek Szymbosrki – Inter Cars MTB Team

Posted in MARATONY EUROPA and tagged .

Dodaj komentarz